Ślub wczoraj i dziś

0
891

W XXI wieku uroczystości ślubne wyglądają inaczej, niż pamiętają nasi rodzice i inaczej, niż pamiętają nasze babki. Kiedyś ślub to było coś, nie tak, jak teraz – mówią czasem te ostatnie.

Czasy się zmieniają. Dziś do organizacji ślubów mamy ułatwiające planowanie uroczystości programy komputerowe, płacimy za usługi profesjonalnych konsultantów, a zamiast praktykować dawne tradycje, staramy się na przeróżne sposoby zaskoczyć gości. Kiedyś, choć poziom życia był nieporównywalnie niższy niż teraz, nie żałowano niczego i zapraszano wszystkich sąsiadów, nie tylko bliskich znajomych. Według krytyków dzisiejszych uroczystości – tylko wówczas bawiono się naprawdę, a dzień ślubu nie był, tak jak dziś, wydarzeniem, po którym szybko przechodziło się do porządku dziennego. Ale era wiejskich wesel ciągnących się przez cały tydzień skończyła się. Na ich miejscu coraz częściej pojawiają się krótkie, kameralne cocktail-parties.

Dawne ślubne uroczystości pełne były zwyczajów, które odeszły już do lamusa.

Jak drzewiej bywało

Niektóre jednak zostały całkowicie zapomniane. Jeszcze trzy pokolenia temu istniała na przykład tradycja plecenia ślubnego wianka przez Pannę Młodą. Dziewczęta doglądały wówczas w specjalnych ogródkach kwiatów i żyjących także zimą wiecznie zielonych roślin, które miały być przeznaczone na ślubny wianek – symbol dziewictwa i czystości, który później przekształcił się w bukiet. Opuszczając stan panieństwa, kobiety pozostawiały ogródek samemu sobie, aby obumarł. Lecz tak długo, jak nie znalazły wybranka, pielęgnowały przysłowiową rutę.

Jednym z najdawniejszych polskich zwyczajów weselnych są zaręczyny, nazywane kiedyś zrękowinami lub zmówinami. Niegdyś wyglądały one jednak inaczej, znacznie bardziej uroczyście. Narzeczeni przyrzekali sobie zawarcie małżeństwa zawsze w obecności świadków. Młodzi podawali sobie ręce i składali stosowną opłatę zabezpieczającą zwaną wadium, która miała powstrzymać ich przed złamaniem danego słowa. Podczas obrzędu zrękowin mężczyzna i kobieta byli prowadzeni przez starostę weselnego, czy ojca Panny Młodej, trzykrotnie dookoła stołu, na którym leżał chleb. Kiedy następnie przy stole usiedli i podawali sobie ręce na bochenku, starosta pytał trzykrotnie zgromadzoną rodzinę: „Z  wolą czy z niewolą związana?”, na co krewni odpowiadali: „Z wolą”. Po czym łamał chleb na pół i dawał narzeczonym, którzy z kolei rozdzielali go między siebie i bliskich.

Kiedyś przeprowadzano także pokładziny. Odbywały się one na końcu wesela i polegały na odprowadzeniu Panny Młodej do odpowiednio przygotowanego pokoju przez pochód gości, aby tam po raz pierwszy spędziła noc z mężem. Pod poduszkę kładziono szmacianą lalkę, by podczas konsumowania małżeństwa poczęło się dziecko. Nim jednak doszło do nocy poślubnej, Pan Młody częstował zgromadzonych słodyczami, co nazywane było cukrową wieczerzą. A po weselu, podczas obrzędu zwanego przenosinami, przez kilka dni lub nawet tygodni żona uroczyście przeprowadzała się wraz ze swoimi rzeczami do domu męża.

Problemy PRL-u

Inaczej też zgoła niż dziś było w czasach nam współcześniejszych, to jest jeszcze kilka dekad temu. Wtedy na inny obraz ślubów wpływały przede wszystkim problemy, które wynikały z odmienności komunistycznego ustroju. Pokolenie temu zmagano się z trudnościami, które dziś nie przyszłyby narzeczonym do głowy.

Do ślubu kościelnego potrzebny był chrzest, a jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie każde przyjęcie tego sakramentu było dokumentowane. Problem mogły mieć dzieci z rodzin wojskowych, które jeśli już chrzczono, to po kryjomu, bez jakiegokolwiek potwierdzającego świstka. W takim przypadku mogło być trudno dostarczyć księdzu wymaganego zaświadczenia. Ale kombinowano, czasem dopuszczano się drobnych przekupstw i jakoś się udawało.

Z kolei niedobory wszelkiego rodzaju produktów w sklepach sprawiały, że trzeba się było nieźle nagimnastykować, żeby czymś nakarmić weselnych gości. Inaczej niż dziś, nie można było przebierać w dostępnych produktach i jedyną opcją było zadowolić się tym, co udało się zdobyć. Jedzenie pochodziło „spod lady” lub z dobrze wyposażonego Pewexu, lecz do tego wszystkiego trzeba było mieć znajomości. Znów potwierdza się, że te ostatnie były w owych czasach na wagę złota.

Alkohol kupowano, ale też w dużej mierze pędzono samodzielnie. Na stołach królował ponadto rozcieńczany spirytus. Dzięki pracy własnej powstawały też rozmaite przedmioty, których nie można było nigdzie dostać. Trudno było też nabyć choćby cały garnitur, więc mozolnie kompletowano materiały i udawano się z nimi do krawca. Buty i inne części garderoby nie zawsze posiadano we właściwym rozmiarze, ale zamiast narzekać, cieszono się, jeśli w ogóle były. Prezenty ślubne w tamtych czasach to najczęściej pieniądze i sprzęty AGD. O listach weselnych podarunków nikt jeszcze nie myślał.

A gdzie biesiadowano? W latach 80. najpopularniejszymi miejscami na organizację wesel były remizy strażackie, stodoły, ogródki działkowe i nawet prywatne mieszkania. W przypadku tych ostatnich wynoszono do piwnic i na korytarz wszystkie sprzęty, a stoły i krzesła pożyczano na przykład ze szkół. Podczas takich imprez panował niemiłosierny tłok: typowym wyzwaniem dla gospodarzy było pomieszczenie dziesiątek gości na ledwie kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Wydzielano specjalny pokój do tańca – tam ciasnota mniej doskwierała.

Kiedy zaś zgromadzeni zasiedli wreszcie do picia, pojawiał się jeszcze jeden problem – nie dla wszystkich starczało kieliszków. I żeby móc podzielić się „szkłem” z innymi, trzeba było pić szybko…

Dawne tradycje weselne można zobaczyć także na weselach średniowiecznych

fot. Sxc.hu

Grzegorz Dzięgelewski

 
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTanie wesele
Następny artykułJesienny ślub

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

two × three =